Tego dnia w
Tego dnia w szkole, ale niezbyt słuchała zniekształconych pączkiem wyjaśnień. Przerwała: — Jody, żebyś dziś wieczorem napełnił całą skrzynkę drzewem. Wczoraj poukładałeś drewna na krzyż i pól skrzynki było puste. Układaj drzewo równo. I, Jody, kury gubią jajka albo psy je zjadają. Rozejrzyj się dokoła w ogrodzie warzywnym, na pewno coś znajdziesz. Jody z pełnymi jeszcze ustami poszedł do roboty. Sypiąc kurom ziarno zobaczył, że przepiórka także się zjawiła. Ojciec bardzo był dumny, że do kurnika przychodzą przepiórki. Zabraniał też strzelać w pobliżu domu, by ich nie wystraszyć. Kiedy skrzynia była pełna drzewa, Jody wziął swoją strzelbę i poszedł do źródełka przy krzakach szałwii. Napił się wody i zaczą] celować w rozmaite rzeczy — w kamienie, w ptaki na dachu, w kocioł pod cyprysem. Ale nie strzelał, bo nie miał nabojów i miał je dopiero dostać, gdy skończy dwanaście lat. A gdyby ojciec zobaczył go mierzącego ze strzelby w stronę domu, nie byłoby nabojów jeszcze przez jeden rok. Pamiętając o tym Jody przestał celować w dół wzgórza. Dwa lata czekania na naboje to i tak bardzo długo. Prawie wszystkie prezenty ojca miały jakieś zastrzeżenie, które pozbawiało je praktycznej wartości. Twarda ręka ojca, twarda szkoła. Z kolacją czekano na powrót ojca. Kiedy wreszcie wrócił z Billy Buckiem o zmroku, oddechy obu cudownie pachniały koniakiem. Jody cieszył się skrycie, bo kiedy ojciec pachniał koniakiem, stawał się rozmowny, a czasami to nawet opowiadał o różnych takich rzeczach, które robił w dawnych czasach, kiedy był chłopcem. Po kolacji Jody usiadł przy ogniu i jego płochliwe szare oczy uciekały w kąty pokoju. Chłopiec czekał, aż ojciec powie, co ma do powiedzenia, bo widać było, że zdarzyło się coś nowego. Ale się rozczarował. Ojciec surowo wskazał na niego palcem. — Idź spać, Jody. Będziesz mi potrzebny rano. To nie tak znowu źle. Jody chętnie pomagał na ranczy, byle tylko nie robić w kółko jednej i tej samej rzeczy, którą codziennie się powtarza. Utkwił wzrok w ziemi, usta złożyły mu się w pytanie, nim jeszcze je wypo- wiedział. A co będziemy robili rano? Zabijali świnię? Nie bądź taki ciekawy. Idź spać. Kiedy zamknął za sobą drzwi, usłyszał jeszcze rozbawione chrząknięcia ojca i Billy Bucka i wiedział, że to jakaś tajemnicza sprawa. A później, leżąc w łóżku, próbował ze szmeru rozmowy wyłowić jakieś słowa i usłyszał protestujący głos ojca: — Ależ, Ruth, bardzo mało za niego zapłaciłem. Jody słyszał jeszcze sowy polujące na myszy w stajni i skrobanie gałęzi drzewa owocowego o ścianę domu. Krowa muczała, kiedy zasnął. Rano, obudzony dźwiękiem trójkąta, Jody ubrał się jeszcze szybciej niż zwykle .Gdy w kuchni mył twarz i zaczesywał włosy, matka odezwała się trochę zła: — Nie wychodź, póki nie zjesz porządnego śniadania! Poszedł do jadalni i usiadł przy długim białym stole. Z półmiska wziął gorący, pyszny placek, na to ułożył dwa smażone jajka i przykrył drugim plackiem, a potem przy-dusił wszystko widelcem. Wszedł ojciec i Billy Buck. Z odgłosu ich kroków Jody poznał, że mają na nogach buty na płaskich obcasach, ale dla pewności zajrzał pod stół. Carl Tiflin zgasił lampę naftową, bo pojawił się już dzień. Ojciec wyglądał dzisiaj bardziej surowo niż zwykle i bardziej niedostępnie, a Billy Buck nawet nie spojrzał na Jody\'ego. Unikał pytających oczu chłopca i pilnie moczył kawałek chleba w kawie. Carl Tiflin burknął: — Pójdziesz z niu. — Jody\'emu źle szło z jedzeniem, ponieważ miał wrażenie, że zbliża się koniec świata. Kiedy Billy wysior-bał wylaną na spodek kawę i otarł ręce o spodnie, obaj mężczyźni wstali od stołu i razem wyszli w jasny poranek. Jody z szacunkiem trzymał się parę kroków za nimi
Poprzedni - Z oczu, poszedłNastępny - Starając się nie